NIE KONIEC, NIE POCZĄTEK – cheder na papierze (cz. 10)

Drżący palec kobiety/ Sunie w dół po liście ofiar/ Wieczorem, gdy spadł pierwszy śnieg/ Dom zimny, lista długa. Są na niej wszystkie nasze imiona.
Charles Simic

Powszechnie znana czytelnikom reporterka Anna Bikont już po raz trzeci porusza problematykę losu ludności żydowskiej, która pozostała na ziemiach polskich po zakończeniu II wojny światowej. Jej poprzednie książki: „Cena” oraz „Nigdy nie byłaś Żydówką” zostały spięte kolejną reporterską klamrą, łączącą opowieść o ludzkich dramatach, w których mieszają się tragiczne doświadczenia wojny i okupacji, napięcia w relacjach z polskimi sąsiadami, presja psychologiczna towarzysząca ocalałym oraz poczucie braku przynależności. Dawna Polska nie stworzyła im prawdziwego domu, a nowa jeszcze bardziej ich wyobcowała.
„Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów” to ważna książka, poruszająca słabo do tej pory opisywany temat losów ocalałych Żydów, którzy pomimo wrogości i niebezpieczeństw zdecydowali się pozostać w kraju. Dlaczego? Powody były różne: poczucie polskiej tożsamości, nadzieje wiązanej z komunizmem, oczekiwanie na potencjalny powrót bliskich, dolegliwości zdrowotne, opieka nad starzejącymi się rodzicami, trudności z wyjazdem, brak sił i motywacji do rozpoczynania życia od zera.
Większość Żydów, którzy przetrwali Zagładę, wyjeżdżało na zachód do obozów dla dipisów; miejsc, której chwilę wcześniej były terenem śmierci ich pobratymców i tam oczekiwało na transport do Palestyny lub też innego wskazanego kraju.
Ci, którzy pozostali w kraju, skupili się w dwóch miastach: Łodzi i Dzierżoniowie, które stały się „zmodernizowanymi” sztetlami, wielkomiejskimi „laboratoriami nowego życia”. Część ocalałych nadal żyło „na aryjskich papierach” pod zmienionymi imionami i nazwiskami, nowymi adresami, wyznaniem, odcinając się od swoich korzeni i tożsamości. Czasami miłość do kraju, bliskiej osoby wyznaczała nowe standardy zachowania. Pochodzenie ukrywali długo, nierzadko do końca swoich dni.

Utratę bliskich i zmarnowany czas starali się szybko nadrobić, stąd liczne śluby, a potem narodziny dzieci. Zdarzało się, że decyzje te były zbyt pochopne, skutkujące później osobistymi dramatami.
Niektórzy szukali na własną rękę możliwości rozliczeń z winnymi ich tragedii. Brali sprawy w swoje ręce, łaknąc zemsty. Inni starali się dochodzić sprawiedliwości przed powojennymi sądami: zgłaszali mordy, sprawców i świadków. Takie procesy jednak najczęściej umarzano, zaś ci, którzy ujawniali te sprawy, musieli uciekać z kraju w obawie przed negatywnymi konsekwencjami.
Pozostała im więc tylko pamięć, mniej lub bardziej przepracowana i zaakceptowana, co stara się w swoim reportażu opisać Anna Bikont.