LIMANOWSCY ŻYDZI U NOTARIUSZA ALFREDA JOSSE
Karczmy w Limanowej były nieodłącznym obrazem galicyjskiego miasteczka. Pośród ich właścicieli dominowali Żydzi, którzy prowadzili liczne lokale w których szynkowali alkohol. Po wielu nie został ani jeden ślad, jednak w niektórych archiwach można znaleźć pożółkłe dokumenty spadkowe świadczące o tej działalności. Są one świadectwem minionych lat, ale także plastycznie potrafią odzwierciedlić wygląd tych miejsc. Dziś to bezcenne źródła historyczne!
Taki dokument zachował się w Archiwum Narodowym w Krakowie Oddział w Nowym Sączu w zbiorze po notariuszu Alfredzie Josse. Rejent służył całej społeczności odwiedzali go także inni Żydzi. Dziś, w obliczu faktu, że nie mamy limanowskich izraelickich ksiąg metrykalnych genealodzy i historycy posiłkują się innymi dokumentami. Jednymi z nich są akta pozostawione przez pana Josse.
Na samym początku należy przytoczyć życiorys Alfreda Josse, postaci niezwykłej. Urodził się w 1862 r. w Brodach, na terenie dzisiejszej Ukrainy. Pod koniec XIX w. pracował w Wiśniczu, skąd pochodziła jego żona starsza od niego o 15 lat. W momencie ślubu była wdową po Teofilu Wysockim. Przed wybuchem I wojny światowej Josse występuje w Ulanowie, a w latach 1907–1908 w Limanowej. W 1924 r. zmarła jego żona Maria z Wiśniewskich. W późniejszych czasach pełnił funkcję notariusza m.in. w Leżajsku, gdzie spotkała go osobista tragedia. W 1931 r. dwudziestopięcioletnia wnuczka jego żony, której był opiekunem, została zastrzelona na ulicy z nieznanych powodów. Zabójca również się zastrzelił. O wydarzeniu pisała międzywojenna prasa w całej Polsce. Notariusz był przygnębiony, a na leżajskim cmentarzu ufundował zmarłej przepiękną kaplicę, gdzie w fasadzie wkomponowana została płaskorzeźba Matki Boskiej Gromnicznej z twarzą młodej studentki. Josse na budowę wydał majątek, przez co potem żył skromnie, a mówiono nawet że utrzymywała go gosposia. Koszt powstania kaplicy szacowano na budowę trzech wilii! Sam Josse potem działał ponownie na terenie Limanowej. Pod koniec życia wrócił do Leżajska. Zmarł w 1948 r. i został pochowany w fundowanej przez siebie kaplicy.
Wróćmy na ziemię limanowską. Jednym z dokumentów przypominających o żydowskiej społeczności miasta jest sporządzony przez Alfreda Josse akt dotyczący sprawy Cluwe Franekl. Dokument spisano pod koniec stycznia 1935 roku przed notariuszem. Pojawiła się u niego cała rodzina Franklów: Cluwe, Menasche, Aleksander. Ich nieruchomość była częściowo zaintabulowana na rzecz Marsów (Zygmunta i Grzegorza), co wynikało z długów. Ale nie te sprawy nas interesują najbardziej. Sprawa uregulowania należytości pojawiła się po śmierci głowy rodziny, Abrahama Frankla. Spadkobierców reprezentował Mendel Frankel, który został odnotowany jako kupiec w Jerozolimie. Ten limanowski Żyd z racji, że nie mógł być znowu obecny był w sądzie, reprezentowany był przez synów zmarłego i kupców: Saula i Aleksandra Franklów. Prawdopodobnie cała trójka była synami nie żyjącego Abrahama. Czy Mendel był syjonistą i wyjechał do Jerozolimy w ramach aliji (emigracji żydowskiej)? Czy może kierowały nim interesy? Tego nie wiemy.
Mendel był postacią ciekawą i przedsiębiorczą. Okazało się, że nim wyjechał do Jerozolimy w Mielcu wydzierżawił od kupca Józefa Horowitza na 10 lat kilka nieruchomości, które wynajmował. Okres najmu miał się skończyć 31 października 1942 roku. Wiemy, że wówczas w naszym regionie było wtedy już po Akcji Reinhardt, a los ludności został przypieczętowany tragicznie. W Limanowej Mendel objął dzierżawą masę spadkową po Abrahamie Franklu, którą wynajmował (a raczej planował wynajmować) do końca maja 1943 r. Sprawa z Marsami zakończyła się polubownie, przedmiotem sporu okazała się jedynie nieruchomość położona na Helenie w Nowym Sączu.
W styczniu 1935 r. doszło także do sporządzenia ciekawego aktu dotyczącego kupca z Nowego Sącza, Mojżesza Sterna, który wynajął w Limanowej lokal Racheli Stern. Nie wiemy, czy nowosądeckiego Żyda łączyły z przedsiębiorczą limanowianką jakieś koneksje rodzinne. Zlecił jednak oględziny pomieszczenia, zapewne, aby wiedzieć w jakim jest stanie. Rachela zajmowała się produkcją mocniejszych alkoholi. Prowadzenie wódczanego biznesu było ryzykowne, a pędzenie gorzałki kończyło się często pożarami.

Mojżesz Stern to zapewne znany w Nowym Sączu przedsiębiorca Markus Stern, który na ul. Wałowej razem rodziną posiadał największy skład budowlany w mieście. Należało do nich wiele nieruchomości. Była to rodzina zasymilowana z Polakami, która prowadziła szeroko zakrojone interesy na terenie całej południowej Polski. Zapewne nieruchomość w Limanowej nie była w obszarze intensywnego zainteresowania Markusa Sterna, ale należało o nią dbać.
Pomieszczenie znajdowało się przy Alei Becka i zostało przeznaczone celem prowadzenia fabryki wódek. Notariusz udał się do tego pomieszczenia, aby je zbadać. Zastał szyld z napisem „Gloria fabryka wódek gatunkowych”. Składała się ona z trzech pomieszczeń i przedsionka. Pisał dalej:
W przedsionku sześć próżnych skrzynek drewnianych.
W pierwszym lokalu jedna beczka żelazna objętości około sto liter zbiornik żelazny na spirytus objętości 357 liter stojący na drewnianej podstawie z belek, drewniana ścianka za którą znajduje się biurko oraz mała półka przybita do ściany, obok drzwi zaś ustawiona półka wysokości około trzech metrów. Nadto w lokalu tym znajdują się trzy próbówki i mały aparat do mierzenie gęstości alkoholu.
W drugim lokalu znalazłem stół i półki przy bite do ściany na których znajdowały się stare papierowe etykiety w paczkach, piecyk żelazny, dwa krzesła, oraz maszyna do rozlewania płynów do flaszek.
W trzeciej ubikacji stwierdziłem, że znajdują się: pietnaście beczek stojących na podstawach zbitych z belek, objętości sto trzydzieści litrów, sto dwanaście litrów, sto czterdzieści litrów, sto sześćdziesiąt litrów, pięćset dziesięć litrów, sto trzy litry, dwieście pięćdziesiąt litrów, sto piętnaście litrów, trzysta dwadzieścia litrów i pięćset dwadzieścia siedem litrów, sto trzydzieści litrów, sto dwanaście litrów, sto dwa litry, sto dwadzieścia litrów i dwieście czterdzieści sześć litrów, – pięć maszynek do filtrowania alkoholi, blaszanych, jedna maszynka do filtrowania, blaszana, przybita do muru, a połączona z aparatem do rozlewania znajdującym się w drugiej ubikacji, mały stolik i dwa lejki blaszane.
Ne tem czynność powyższą zakończyłem.

To bezcenny opis wyglądu i wyposażenia fabryki wódki w międzywojennej Limanowej. Nie należała ona do rozwiniętych przedsiębiorstw, a raczej była typowa dla małych galicyjskich zakładów pracy. Nie wiemy, gdzie trafiał produkowany tutaj alkohol, ale zapewne szynkowano go w wielu limanowskich karczmach i restauracjach.
A co z Rachelą Stern, wymienianą w dokumencie limanowską Żydówką?
W dokumentach Yad Vashem znajdujemy świadectwo zamordowanej Reizli Stern, która urodziła się w 1865 r. Zginęła wraz z mężem Leibem. Czy to nasza Rachela? Nie mamy potwierdzenia. Co ciekawe wojnę przeżyły dzieci Racheli i Lejba: Mojżesz (ur. 1917 r.), Cyla (1919 r.), Pola (ur. 1923 r.) – pielęgniarka. Niewiele więcej możemy się na ten temat dowiedzieć. Kto wie, może to początek kolejnej ciekawej historii? Czy może gdzieś na świecie żyją ich potomkowie?
Tekst ukazał się pierwotnie w Echu Limanowej


